Ludzi można podzielić na odważnych i bojących się. Jednak w psychologii oba te typy reprezentują po prostu różne strategie radzenia sobie ze stresem i nieznanym.
Tych pierwszych ciągnie rozwój, ciekawość, cel. Ryzyko traktują jak naturalną część gry, decyzje podejmują szybko, często w oparciu o własną intuicję. Przełamują bariery i wchodzą tam, gdzie inni się boją.
Drudzy boją się — i to nie jest wada. Szukają bezpieczeństwa, unikają strat. Zanim ruszą, przeanalizują wszystko na spokojnie, na faktach. To oni chronią grupę przed błędami, w które odważni wpadają na oślep.
Żadna z tych grup nie jest lepsza. Obie są ewolucyjnie potrzebne — jedna popycha do przodu, druga pilnuje, żeby nie spaść z klifu.
A teraz pytanie za milion: która z nich radzi sobie lepiej na giełdzie? Psychologia nie definiuje wprost odwagi, ale koncentruje się na awersji do ryzyka. Popatrzmy więc, co mówią na ten temat badania.
1. Za dużo strachu (awersja do ryzyka) → niższy zwrot
Wzrost awersji do ryzyka może prowadzić do spadku oczekiwanej stopy zwrotu. Do tego wyższa awersja do ryzyka wiąże się z niższymi oczekiwaniami wobec rynku i mniejszą szansą, że ktoś w ogóle wejdzie w akcje — mówią badania z Dutch National Bank Household Survey. Zbyt ostrożny inwestor płaci więc za spokój obniżonym zwrotem, natomiast zyskuje mniejsze wahania kapitału na swoim portfelu.
2. Za mało strachu (nadpewność) → też niższy zwrot
Barber & Odean odkryli natomiast, że „nadpewni" inwestorzy handlują za dużo i przez to realizują niższe stopy zwrotu, bo zyski nie pokrywają kosztów transakcyjnych. Im aktywniej ktoś handluje, tym bardziej obniża swój wynik. Co więcej okazuje się, że mężczyźni handlują częściej niż kobiety i przez to redukują swoje stopy zwrotu bardziej niż one.
3. Strach źle ulokowany (efekt dyspozycji)
Jest jeszcze jeden efekt – zwany efektem dyspozycji. To tendencja inwestora do przetrzymania stratnych pozycji i zbyt wczesnego sprzedawania zyskownych. Jednym słowem boimy się nie tego, czego trzeba. Boimy się zamknąć stratę, a nie boimy się jej powiększać. W efekcie takiego zachowania zwiększa się ryzyko a zmniejsza stopa zwrotu. Inną konsekwencją takiego zachowania jest fakt, że w tym czasie, gdy trzymamy stratne papiery często tracimy okazję za zarobek gdzie indziej, bo nasze fundusze są zablokowane.
Skoro wiadomo już, że i za dużo, i za mało strachu szkodzi wynikom, pojawia się pytanie: co z tym zrobić? Zacznę od siebie. Ewidentnie jestem osobą z grupy strachulców. Żeby czuć się dobrze w tradingu, zawsze muszę być dobrze przygotowany — stąd od początku moje dążenie do stworzenia trading planu. On zawsze dawał mi większe poczucie bezpieczeństwa. Dodatkowo bardzo dużo czasu poświęcam badaniom. Dzięki nim wiem, jakie w danym momencie na rynku jest prawdopodobieństwo konkretnych ruchów, a to ułatwia mi trzymanie się planu w trudnych warunkach rynkowych.
Jest też druga strona tej układanki. Z doświadczenia wiem, że przekroczenie mojego własnego poziomu ryzyka bardzo destrukcyjnie wpływa na realizację trading planu, co przekłada się na fatalne wyniki. I tutaj może was zaskoczę: nie próbuję zmieniać tych swoich „parametrów" na siłę — mnie osobiście takie zmiany zdecydowanie nie wychodzą. Zamiast tego nauczyłem się odczuwać, kiedy zbliżam się do swoich granic i sumiennie ich nie przekraczać. To powoduje, że potrafię tradować w swojej wewnętrznej strefie komfortu.
A wy jak macie i jak sobie radzicie ze swoją skłonnością do ryzyka?